niedziela, 4 maja 2014

Plus dwa do produkcji

Tytuł dzisiejszego postu nawiazuje do jednej świetnej gry planszowej, gdzie występował opisywany obiekt - Tama Hoovera, którą odwiedziliśmy po Boulder City. Sama tama powstała podczas Wielkiego Kryzysu lat 30, jako jedna z największych robót publicznych w USA - jej ogrom pokazuje zdjęcie nr 1. Główny powód budowy to jednak chęć unormowania rozdzielajacej stany Nevada i Arizona rzeki Kolorado - wcześniej często wylewajacej i powodujacej powodzie.

Do samej tamy całkiem niedawno dobudowano most - widać go na zdjeciach 2 i 3. Dzięki temu przeniesiono ciężki ruch na nową drogę. Sam nowy most ma podobno największy betonowy łuk na świecie a wieje na nim tak, że ciężko było utrzymać aparat nie mówiac o czapce.

Pogoda też powoli normalniała - po 100 Farenhaitach (38 Celsiusza) w Dolinie Śmierci, 98 Farenhaitach w Las Vegas (jakieś 36), nad tama bylo około 96 (35 Celsiusza). Przy takiej ilości betonu i temperaturze można było prawie smażyć sadzone jajka na wolnym powietrzu.

Sama tama robi olbrzymie wrażenie - widać więcej szczegółów na zdjęciu nr 4. A co więcej - zapewnia prąd dla 7 stanów więc nie dziwi kontrola bezpieczeństwa na wjezdzie.

sobota, 3 maja 2014

Po drodze


Route 66 to kwintesencja amerykanskich szos, wiodaca az z Chicago do kalifornijskiej Santa Monica, uwieczniana w filmach i piosenkach Droga Matka.


I choc trasa 66 nie istnieje juz w calosci, bo zastapily badz wchlonely ja nowoczesniejsze autostrady, to        legenda nie zaginela i dzis kilkukrotnie mielismy okazje natknac sie na motoryzacyjne klimaty z tamtych lat, a w Williams (Arizona), w ktorym dzis nocujemy chyba kazdy lezacy przy starej szosie, a dzis glownej ulicy miasteczka sklepik, bar czy nawet fryzjer ma w nazwie "66".

A juz zupelna niespodzianke mielismy rano, gdy zupelnie przypadkowo w miasteczku Boulder City trafilismy na festyn polaczony z wystawa zabytkowych aut.
Maja zamowila sobie takie oto pomaranczowe cudo:

Ja wolalam cos bardziej zarowiastego:
A Michal preferowal meski, agresywny design:
A ze specjalna dedykacja dla Konrada wypatrzylismy takiego oto campera (rocznik 1936):





W jaskini hazardu


Tak, tak... To nie pomylka. Po pobycie w malym parterowym domku na pustyni przenieslismy sie do 4-gwiazdkowego Las Vegas Hotel. Z okien naszych apartamentow ulokowanych powyzej 20. pietra swietnie bylo widac panorame calego miasta. 
Mimo, ze przejechalismy niewielki dystans (104 mile / 167 km) a temperatura powietrza byla bardzo zblizona do temperatury panujacej w Death Valley, kontrast krajobrazu byl niesamowity. Z pustyni wjechalismy przeciez do Las Vegas - miasta, ktore jest synonimem blichtru i wiecznej rozrywki. 
Od czasu zalegalizowania hazardu w stanie Nevada w 1931r. miasto przyciaga tlumy spragnione zabawy oraz turystow podziwiajacych liczne kolorowe neony. 

Postanowilismy poczuc ducha tego miasta i wieczorem ruszylismy na spacer wzdluz glownej atrakcji: Las Vegas Boulevard (zwanej rowniez The Strip) - jest to najslawniejsza aleja w centrum miasta, przy ktorej skupione sa liczne hotele, kasyna i restauracje o ksztaltach imitujacych glowne atrakcje swiata. Na tym 6km odcinku mozna znalezc praktycznie wszystko: poczynajac od hotelu Luxor w kasztalcie piramidy i garazami w wielkim Sfinksie poprzez Bellagio Palace Cezara, gigantycznie wielka Coca-Cola, az do repliki atrybutow miast Paryza, Rzymu czy tez Wenecji. Warto tez wspomniec MGM Grand Hotel, gdzie zatrzymuja sie liczne slawy i przy wejsciu ktorego Mike Tyson otarl sie o Michala - razem z Magda zazdroscimy szczesciarzowi ;)







W hotelu Venice kazdy z nas zainwestowal przewrotna sume 1$, aby zagrac w kasynie, bo jak wiadomo: w Las Vegas dzien bez hazardu to dzien stracony. I tym razem szczescie znow usmiechnelo sie do Michala, ktory po pociagnieciu wajchy automatu popularnie znanego jako Black Jack, zostal obdarowany wygrana o przewrotnej kwocie 10$! Wspolnie uczcilismy ten sukces zimnym piwkiem, co bylo bardzo dobrym zwienczeniem naszej hazardowej przygody w Las Vegas.



 

piątek, 2 maja 2014

Red Rock Canyon

Mimo ze ucieklismy z samej Doliny Smierci, to nadal nie wrocilismy do cywilizacji. Klimatyczny hostel w ktorym bylismy jedynymi goscmi to bylo wlasciwie kilka barakow rozrzuconych po pustynii. Brak internetu, do najblizszego sklepu 20km, za to mnostwo gwiazd i ciszy.


A dzis rankiem naszym oczom ukazal sie niesamowity widok - prosta i pusta na kilkanascie kilometrow szosa, po obu stronach polpustynna dolina otoczona gorami. W takiej scenerii dotarlismy do Red Rock Canyon - malowniczej formacji skalnej, skladajacej sie, jak sama nazwa wskazuje, glownie z czerwonych skal. Ale nie tylko, bylo tez duzo bialego piaskowca, byly jaszczurki, a nawet ok. metrowy waz, pieknie kwitnace kaktusy i polpustynna roslinnosc posrod skal i skalek wszelkiej masci i kolorow.

Mimo, ze Red Rock Canyon nie byl glowna atrakcja przewidziana na dzis, to spedzilismy w okolicach kanionu dobre trzy godziny.
A teraz relaksujemy sie w 4* hotelu w.... ale o tym juz w kolejnym wpisie.

W Dolinie Śmierci

Po jednym popołudniu w Los Angeles ruszyliśmy w drogę.  Naszym pierwszym celem byla Dolina Śmierci - nazywana tak z powodu ekstremalnych temperatur, które tam panują - łącznie z rekordem świata. Po poradzeniu sobie z porannymi korkami w Los Angeles, ruszyliśmy 4-6 pasmowymi autostradami na pln-wsch. Tu uwaga: amerykanskie korki, mimo wiekszej niż w Polsce ilości samochodów, są dużo przyjemniejsze: Amerykanie jeżdżą spokojnie, nie trąbią, a pasów jest tyle, że korek się porusza.

Na miejsce zajechaliśmy około 14. Dolina Śmierci przyjęła nas dokładnie tak, jak sie spodziewaliśmy-  upałem.  Na zdjęciu nr 1 widac, że akurat wczoraj było 100 Farenhaitów, czyli 38 stopni Celsiusza. A to początek maja!

Sama dolina, to głównie piach, żwir, żar i wszechobecna sól - pozostala po odparowaniu wody.

Zdjecie nr 2 pokazuje Magde na tle najnizszego punktu na półkuli zachodniej - Badwater, minus 86 m npm. Za nia brązowe połacie nieoczyszczonej soli.

Dolina Śmierci to też fantastyczne i kolorowe formacje skalne - widac to na zdjęciach 3 i 4.

A że piasku i słońca było sporo pokazuje dobrze zdjecie nr 5.

A na koniec udaliśmy sie na piękny punkt widokowy - Artists View, nazwany tak od kolorów skał tak różnorodnych, że kojarzą sie z paletą malarza. To na zdjeciu nr 6.

Wczorajszego dnia (plus krótka przejażdżka w dniu lądowania) przyjechaliśmy już 573 mile (czyli ok. 916 km). Odległości jednak się nie odczuwa - dobre drogi, duży,  klimatyzowany samochód i można przemierzać duże dystanse.

środa, 30 kwietnia 2014

Sloneczny Patrol

Jesli nawet nie byliscie do tej pory w USA, to zaloze sie ze nawet
zaraz po przylocie ten kraj wydalby sie Wam znajomy. Bo przeciez
ogladamy Ameryke niemal codziennie w telewizji, jako drugoplanowego
bohatera w kazdym niemal serialu czy filmie!

Tak wiec na dobry poczatek naszej wyprawy zapraszamy na odcinek
Slonecznego Patrolu.

Dolecielismy bowiem szczesliwie do Los Angeles, z samolotu udalo nam
sie nawet dojrzec w oddali charakterystyczny napis "Hollywood". A
nocujemy w hostelu tuz przy jednej z bardziej znanych plaz - Venice
Beach. Wokol palmy, cudowny delikatny piasek, malowaniczy zachod
slonca nad Pacyfikiem, charakterystyczne budki ratownikow, panie w
skapych kostiumach, napalone ziolem nastolatki i bezdomni.
Niestety, ku rozczarowaniu Michala, Pameli biegnacej po plazy w
obcislym kostiumy nie stwierdzono.

Za to mielismy kilka innych, bardzo przyjemnych niespodzianek.
Po pierwsze - zamiast mini-SUVa ktory wynajelismy w wypozyczalni
samochodow, dostalismy w tej samej olbrzymiego Forda Expedition. Mysle
ze tej maszynie poswiecimy jeszcze osobny wpis, a nawet i zdjecie, bo
to atrakcja sama w sobie.


Druga niesamowita niespodzianka byla wizyta u Magdy i Stephena (Bogna,
dzieki za namiary!) ktorzy zgodzili sie byc nasza skrzynka kontaktowa,
na ktora juz splywaja rozne przesylki do Polski. Jakby tego bylo malo,
dostalismy przepyszny obiad, domowe ciasto (cytrnowe, z cytryn z
wlasnego ogrodka) oraz mnostwo map i porad co do podrozowania po USA.
Slicznie, slicznie dziekujemy!

W podróży

Za nami już pierwszy, krotszy etap podróży. Siedzimy sobie wlaśnie pod bramką do samolotu na lotnisku we Frankfurcie i podziwiamy kolejny srodek transportu - widoczny na załączonym zdjeciu.

Kolejny wpis będzie już zza wielkiej wody, gdy, miejmy nadzieje, wpuszczą nas do kraju Indian!