wtorek, 6 maja 2014

Yaba daba doo

Przerywamy na chwile relacje z Wielkiego Kanionu i przenosimy sie do Bedrock - miasteczka Flinstonow. 
Kolejna wersja amerykanskiego campera:

Prehistoryczne toalety:
Amerykanskie skrzynki na listy:
I Maja zaatakowana przez dinozaura:
Nie pytajcie prosze, ile mamy lat... 




W dniu imienin

Dziś imieniny Filipa.

Zatrzymajcie się dziś proszę na chwilę, by popatrzeć w niebo i wspomnieć naszego synia.


Rozmawiałam kiedyś ze znajomym, który startuje w ultramaratonach, czyli biegach grubo ponad klasyczne 42 km. Spytałam go, czy w tak długim biegu liczy się jakaś specjalna taktyka, albo strategiczne rozłożenie sił. Znajomy odpowiedział mi, że strategicznie to można biec na krótkich dystansach, na kilka,  czy kilkanaście kilometrów. A przy tych najdłuższych biegach liczy się właściwie tylko to, by przyzwyczaić się do bólu i po prostu biec dalej.
I to właśnie razem z Michałem staramy się uskuteczniać każego dnia.

poniedziałek, 5 maja 2014

O trzech takich co zdobyli kanion

Kolejny dzien zaczal sie bardzo wczesnie. Dzielni podroznicy postanowili wstac o 4 rano, aby rozpoczac kolejna wyprawe do kanionu wraz ze wschodem slonca. Tym razem zaplanowany szlak to zejscie do kanionu.
 
Cel do zdobycia: odlegly Platou Point, z ktorego dobrze widac rzeke Kolorado.

Warunki: dosc ekstremalne, tak wczesnie rano termometr pokazal nawet 31F (czyli ponizej 0C!). Na szczescie temperatura zaczela wzrastac wraz z budzacym sie porankiem i przy wymarszu na szlak na poludniowej krawedzi kanionu bylo juz 41F (5C). 

Nasi smialkowie podazyli wiec na poczatek szlaku Bright Angel i ich oczom ukazal sie taki widok:


Rozposcierajaca sie pod nimi przestrzen oraz malujaca sie niteczka szlaku prowadzacego krawedziami kanionu budzila respekt. Nie odstraszylo to jednak naszych smialkow, a wrecz przeciwnie.   Spragnieni przezycia przygody pewnym krokiem podazyli szlakiem. 


Droga z poczatku byla latwa: podroznicy w pelni sil, serpentyny prowadzace w dol nie wymagaly za wiele wysilku, delikatne slonce, lekki wietrzyk. Wszystkie te czynniki powodowaly, ze zupelnie zrelaksowani mogli skupic sie na podziwianiu rozposcierajacej sie przed nimi panoramy. W bardzo szybkim tempie zdobywali kolejne punkty przystankowe na szlaku: najpierw 1 1/2 mile (2.5km), nastepnie 3 mile (5km) az po przebyciu dodatkowych 2 mil (3km) dotarli do zielonej oazy Indian Garden.


Tu naprawde bylo zielono. Wielkie drzewa z rozlozystymi koronami oslanialy przed palacym juz sloncem (zblizala sie godzina 9). Drugie sniadanie w cieniu drzew pozwolilo na szybka regeneracje przed dalsza podroza. 

Przed podroznikami ostatni etap: dojscie do Platou Point. Tu szlak znow sie zmienia. nasi bohaterowie maszeruja teraz przez praktycznie plaski i skapo porosniety teren. Rozlegla nizina ciagnie sie na 2.5 km w glab kanionu. Wokol same kaktusy i kepki wyschnietej trawy, az wreszcie docieraja do urwiska. Ze skaly widac rzeke a pod nimi strome skaly.  Trzeba naprawde uwazac, aby nie podejsc za blisko krawedzi.



Widoki rozposcierajace sie z tego miejsca potwierdzaja, ze warto bylo tu dotrzec. Platou Point znajduje sie ok. 950 metrow ponizej poludniowej krawedzi i ok. 400 metrow nad rzeka. To tak jakby serce kanionu. 

Podroznicy delektuja sie tym widokiem, choc slonce przypomina nieublaganie, ze trzeba wracac. Spojrzenie w gore na poczatek szlaku uswiadamia, ze droga powrotna bedzie trudna.
Jest coraz gorecej. Ochlode po raz kolejny przynosi cien w Indian Garden. Od tego momentu droga prowadzi juz pod gore. 


Zaczyna sie walka ze sloncem i z wlasnym zmeczeniem. Tempo juz nie jest tak szybkie. Najwazniejsze, ze kazdy krok przybliza do poludniowego brzegu kanionu. Im wyzej, tym trudniej stawiac kroki. Wysilek po raz kolejny rekompensuja widoki. 
Jeszcze jeden krok i jeszcze jeden... Udalo sie! Nasi traperzy spogladaja na szlak juz ze szczytu. Tu dobrze widac dluga nitke przebytego szlaku. Przepelnia ich duma i szczescie. 

I maja z czego byc dumni. Udalo im sie przeciez pokonac wysokosc ok. 950 metrow i przebyc 23 km (co w sumie dalo 30 GOT) w 7.5 godziny. To o pol godziny mniej niz minimalny czas przebycia tego szlaku. Zapamietane widoki na dlugo pozostana w pamieci - na pewno warte byly tego wysilku!

Ostatni rzut oka na szczyty i mozna wracac na zasluzony odpoczynek:













Kropla drazy skale

i jesli cierpliwie poczekamy na te wszystkie krople jakies 1.5 miliarda lat to w nagrode dostaniemy o takie cos:
Wielki Kanion jest wielki nie tylko dlatego, ze jest tak stary i gleboki na ponad 1,5km. Tego w sumie kazdy by sie spodziewal. To co naprawde szokuje to rozleglosc Kanionu. Dlugi na 446km, szeroki miejscami na 29km. Magicznie zerodowane skaly ciagna sie po horyzont z kazdej strony, a w dole tu i tam poblyskuje blekit rzeki Kolorado. Tak, tak, tej samej na ktorej pareset kilometrow dalej zbudowano Hoover Dam.

Dzisiejszy dzien przeznaczylismy na pierwsze, niesmiale zapoznanie sie z Grand Canyon. Korzystajac ze swietnie zorganizowanej infrastruktury turystycznej (kanion odwiedza ok.5mln turystow rocznie), podjechalismy darmowym autobusem do najdalszego na zachod punktu widokowego Hermits Rest, i stamtad zrobilsimy sobie 12km spacer wzdluz krawedzi kanionu. Co bylo najfajniejsze, poza punktami widokowymi przy przystankach autobusu, na znacznych odcinkach trasy bylismy zupelnie sami i moglismy w pelni kontemplowac ten jeden z najpiekniejszych cudow swiata.
Pogoda sloneczna, teperatura ok. 76F/24C (wys. 2155m mnp) - warunki idealne. Jak to Maja stwierdzila, widac ze zasluzylismy na te wakacje!

Zreszta, co ja sie bede rozpisywac - patrzcie i podziwiajcie sami. 
Dowod, ze naprawde tu bylismy ;)
Dla spostrzegawczych - znajdz na obrazkach rzeke Kolorado:

A tym szlakiem jutro planujemy zejsc nieco w glab kanionu:


niedziela, 4 maja 2014

Plus dwa do produkcji

Tytuł dzisiejszego postu nawiazuje do jednej świetnej gry planszowej, gdzie występował opisywany obiekt - Tama Hoovera, którą odwiedziliśmy po Boulder City. Sama tama powstała podczas Wielkiego Kryzysu lat 30, jako jedna z największych robót publicznych w USA - jej ogrom pokazuje zdjęcie nr 1. Główny powód budowy to jednak chęć unormowania rozdzielajacej stany Nevada i Arizona rzeki Kolorado - wcześniej często wylewajacej i powodujacej powodzie.

Do samej tamy całkiem niedawno dobudowano most - widać go na zdjeciach 2 i 3. Dzięki temu przeniesiono ciężki ruch na nową drogę. Sam nowy most ma podobno największy betonowy łuk na świecie a wieje na nim tak, że ciężko było utrzymać aparat nie mówiac o czapce.

Pogoda też powoli normalniała - po 100 Farenhaitach (38 Celsiusza) w Dolinie Śmierci, 98 Farenhaitach w Las Vegas (jakieś 36), nad tama bylo około 96 (35 Celsiusza). Przy takiej ilości betonu i temperaturze można było prawie smażyć sadzone jajka na wolnym powietrzu.

Sama tama robi olbrzymie wrażenie - widać więcej szczegółów na zdjęciu nr 4. A co więcej - zapewnia prąd dla 7 stanów więc nie dziwi kontrola bezpieczeństwa na wjezdzie.

sobota, 3 maja 2014

Po drodze


Route 66 to kwintesencja amerykanskich szos, wiodaca az z Chicago do kalifornijskiej Santa Monica, uwieczniana w filmach i piosenkach Droga Matka.


I choc trasa 66 nie istnieje juz w calosci, bo zastapily badz wchlonely ja nowoczesniejsze autostrady, to        legenda nie zaginela i dzis kilkukrotnie mielismy okazje natknac sie na motoryzacyjne klimaty z tamtych lat, a w Williams (Arizona), w ktorym dzis nocujemy chyba kazdy lezacy przy starej szosie, a dzis glownej ulicy miasteczka sklepik, bar czy nawet fryzjer ma w nazwie "66".

A juz zupelna niespodzianke mielismy rano, gdy zupelnie przypadkowo w miasteczku Boulder City trafilismy na festyn polaczony z wystawa zabytkowych aut.
Maja zamowila sobie takie oto pomaranczowe cudo:

Ja wolalam cos bardziej zarowiastego:
A Michal preferowal meski, agresywny design:
A ze specjalna dedykacja dla Konrada wypatrzylismy takiego oto campera (rocznik 1936):





W jaskini hazardu


Tak, tak... To nie pomylka. Po pobycie w malym parterowym domku na pustyni przenieslismy sie do 4-gwiazdkowego Las Vegas Hotel. Z okien naszych apartamentow ulokowanych powyzej 20. pietra swietnie bylo widac panorame calego miasta. 
Mimo, ze przejechalismy niewielki dystans (104 mile / 167 km) a temperatura powietrza byla bardzo zblizona do temperatury panujacej w Death Valley, kontrast krajobrazu byl niesamowity. Z pustyni wjechalismy przeciez do Las Vegas - miasta, ktore jest synonimem blichtru i wiecznej rozrywki. 
Od czasu zalegalizowania hazardu w stanie Nevada w 1931r. miasto przyciaga tlumy spragnione zabawy oraz turystow podziwiajacych liczne kolorowe neony. 

Postanowilismy poczuc ducha tego miasta i wieczorem ruszylismy na spacer wzdluz glownej atrakcji: Las Vegas Boulevard (zwanej rowniez The Strip) - jest to najslawniejsza aleja w centrum miasta, przy ktorej skupione sa liczne hotele, kasyna i restauracje o ksztaltach imitujacych glowne atrakcje swiata. Na tym 6km odcinku mozna znalezc praktycznie wszystko: poczynajac od hotelu Luxor w kasztalcie piramidy i garazami w wielkim Sfinksie poprzez Bellagio Palace Cezara, gigantycznie wielka Coca-Cola, az do repliki atrybutow miast Paryza, Rzymu czy tez Wenecji. Warto tez wspomniec MGM Grand Hotel, gdzie zatrzymuja sie liczne slawy i przy wejsciu ktorego Mike Tyson otarl sie o Michala - razem z Magda zazdroscimy szczesciarzowi ;)







W hotelu Venice kazdy z nas zainwestowal przewrotna sume 1$, aby zagrac w kasynie, bo jak wiadomo: w Las Vegas dzien bez hazardu to dzien stracony. I tym razem szczescie znow usmiechnelo sie do Michala, ktory po pociagnieciu wajchy automatu popularnie znanego jako Black Jack, zostal obdarowany wygrana o przewrotnej kwocie 10$! Wspolnie uczcilismy ten sukces zimnym piwkiem, co bylo bardzo dobrym zwienczeniem naszej hazardowej przygody w Las Vegas.