Na goraco i wietrznie przekazujemy relacje z wycieczki jeepami do kanionu Antylopy. O tym, po co sie tam pchalismy przeczytacie w kolejnym odcinku.
środa, 7 maja 2014
wtorek, 6 maja 2014
Duch w narodzie nie upada
Myliłby się ten, który myślałby że byle wyjazd do USA powstrzyma nas od kultywowania naszej pasjii - gier planszowych. Na drogę wzieliśmy Quarto i Neuroshimę Hex, jako że zajmowały najmniej miejsca.
Nasze wyjazdowe partie zaczęliśmy już po odwiedzinach w Dolinie Śmierci od Quarto. Zagraliśmy trzy partie, gdzie najpierw Magda ograła Maję 2-0, a potem Maja ograła mnie 1-0:
Kolejna okazja nadarzyła się w Las Vegas, między południowym spacerem w 40 stopniach a wieczorną wyprawą na oglądanie neonów. Zagraliśmy w Neuroshimę, w 3 osoby, każdy na każdego. Maja, jak na debiutantkę, spisała się świetnie, zdobywając ex ewuo ze mną pierwsze miejsce. Magdzie poszło ciut gorzej.
A sama gra w Neuroshimę w Las Vegas wyglądala tak:
Kolejną rozgrywkę mieliśmy wczoraj, ponownie w Neuroshimę. Tym razem Magda grała nową nacją (Steel Police) i super ją wykorzystała. Co prawda, sama rozgrywka była szalenie wyrównana (ostatecznie Magda wygrała 1 punktem) to jej zwycięstwo nie było zagrżone. Niestety, ja zająłem 3 miejsce.
Gra w Neuroshimę w Page, po opuszczeniu Wielkiego Kanionu:
Na koniec wczorajszego dnia zagraliśmy w "Trivial Pursuit" - grę w odpowiedzi na różnorodne pytania. Jako że wydanie było po angielsku z 1981mieliśmy małe szanse na skończenie w normalnym czasie, więc znacznie ją przyśpieszyliśmy - zamiast 6 odpowiedzi w określonych punktach planszy, ograniczyliśmy to do jednego. Dzięki temu "strzałem w dziesiątkę" wygrała Magda, odpowiadając, dosyć przypadkowo, w sprawie poprawki do konstytucji USA:
Przeminelo z wiatrem
Tym razem skupilismy sie na wschodniej czesci kanionu. Najpierw turystycznym autobusikiem podjechalismy do Yaki point. Widoki, pomimo wiatru, nie zawiodly.
Nastepny byl Yavapai point, z malym muzeum geologicznym (gdzie Michal podbil sobie pieczatke do National Park Passport'u, ktore zamierza kolekcjonowac).
Kolejny widoczek tamze, z widocznym Platou Point, ktory tak bohatersko wczoraj zdobylismy, ze az do dzis nogi bola.
Zanim opuscimy Wielki Kanion warto wspomniec dwa slowa o tutejszej faunie. Pierwszego dnia zaraz po wjezdzie na teren parku utknelismy w korku spowodowanym przez mulaki (cos a'la jelenie) spacerujace po jezdni. Drugiego dnia, gdy bladym switem jechalismy do kanionu, o maly wlos nie rozjechalismy zajaca. Bylo tez sporo jaszczurek, bajecznie kolorowe motyle, ogramne trzmiele i drapiezne wiewiroki, z ktorymi Michal wyjatkowo szybko znalazl wspolnu jezyk:
Przy porywistym wietrze przyszedl czas na pozegnanie sie z Grand Canyonem. Ostatnim punktem w parku narodowym byl Desert View, z charakterystyczna wieza:
Co ciekawe, Grand Canyon to nie ostatni kanion na naszej trasie. Po drodze do Page, AZ, zatrzymalismy sie w "kanionie Malego Kolorado". Moze i maly, ale jakos nasz przelom Dunajca w Pieninach nadal wyglada przy nim jak dolek wykopany plazowa lopatka. Tylko rzeka im wyschla...
Yaba daba doo
Przerywamy na chwile relacje z Wielkiego Kanionu i przenosimy sie do Bedrock - miasteczka Flinstonow.
W dniu imienin
Dziś imieniny Filipa.
Zatrzymajcie się dziś proszę na chwilę, by popatrzeć w niebo i wspomnieć naszego synia.
Zatrzymajcie się dziś proszę na chwilę, by popatrzeć w niebo i wspomnieć naszego synia.
Rozmawiałam kiedyś ze znajomym, który startuje w ultramaratonach, czyli biegach grubo ponad klasyczne 42 km. Spytałam go, czy w tak długim biegu liczy się jakaś specjalna taktyka, albo strategiczne rozłożenie sił. Znajomy odpowiedział mi, że strategicznie to można biec na krótkich dystansach, na kilka, czy kilkanaście kilometrów. A przy tych najdłuższych biegach liczy się właściwie tylko to, by przyzwyczaić się do bólu i po prostu biec dalej.
I to właśnie razem z Michałem staramy się uskuteczniać każego dnia.
poniedziałek, 5 maja 2014
O trzech takich co zdobyli kanion
Kolejny dzien zaczal sie bardzo wczesnie. Dzielni podroznicy postanowili wstac o 4 rano, aby rozpoczac kolejna wyprawe do kanionu wraz ze wschodem slonca. Tym razem zaplanowany szlak to zejscie do kanionu.
Cel do zdobycia: odlegly Platou Point, z ktorego dobrze widac rzeke Kolorado.
Warunki: dosc ekstremalne, tak wczesnie rano termometr pokazal nawet 31F (czyli ponizej 0C!). Na szczescie temperatura zaczela wzrastac wraz z budzacym sie porankiem i przy wymarszu na szlak na poludniowej krawedzi kanionu bylo juz 41F (5C).
Nasi smialkowie podazyli wiec na poczatek szlaku Bright Angel i ich oczom ukazal sie taki widok:
Droga z poczatku byla latwa: podroznicy w pelni sil, serpentyny prowadzace w dol nie wymagaly za wiele wysilku, delikatne slonce, lekki wietrzyk. Wszystkie te czynniki powodowaly, ze zupelnie zrelaksowani mogli skupic sie na podziwianiu rozposcierajacej sie przed nimi panoramy. W bardzo szybkim tempie zdobywali kolejne punkty przystankowe na szlaku: najpierw 1 1/2 mile (2.5km), nastepnie 3 mile (5km) az po przebyciu dodatkowych 2 mil (3km) dotarli do zielonej oazy Indian Garden.
Tu naprawde bylo zielono. Wielkie drzewa z rozlozystymi koronami oslanialy przed palacym juz sloncem (zblizala sie godzina 9). Drugie sniadanie w cieniu drzew pozwolilo na szybka regeneracje przed dalsza podroza.
Przed podroznikami ostatni etap: dojscie do Platou Point. Tu szlak znow sie zmienia. nasi bohaterowie maszeruja teraz przez praktycznie plaski i skapo porosniety teren. Rozlegla nizina ciagnie sie na 2.5 km w glab kanionu. Wokol same kaktusy i kepki wyschnietej trawy, az wreszcie docieraja do urwiska. Ze skaly widac rzeke a pod nimi strome skaly. Trzeba naprawde uwazac, aby nie podejsc za blisko krawedzi.
Widoki rozposcierajace sie z tego miejsca potwierdzaja, ze warto bylo tu dotrzec. Platou Point znajduje sie ok. 950 metrow ponizej poludniowej krawedzi i ok. 400 metrow nad rzeka. To tak jakby serce kanionu.
Podroznicy delektuja sie tym widokiem, choc slonce przypomina nieublaganie, ze trzeba wracac. Spojrzenie w gore na poczatek szlaku uswiadamia, ze droga powrotna bedzie trudna.
Jest coraz gorecej. Ochlode po raz kolejny przynosi cien w Indian Garden. Od tego momentu droga prowadzi juz pod gore.
Zaczyna sie walka ze sloncem i z wlasnym zmeczeniem. Tempo juz nie jest tak szybkie. Najwazniejsze, ze kazdy krok przybliza do poludniowego brzegu kanionu. Im wyzej, tym trudniej stawiac kroki. Wysilek po raz kolejny rekompensuja widoki.
Jeszcze jeden krok i jeszcze jeden... Udalo sie! Nasi traperzy spogladaja na szlak juz ze szczytu. Tu dobrze widac dluga nitke przebytego szlaku. Przepelnia ich duma i szczescie.
I maja z czego byc dumni. Udalo im sie przeciez pokonac wysokosc ok. 950 metrow i przebyc 23 km (co w sumie dalo 30 GOT) w 7.5 godziny. To o pol godziny mniej niz minimalny czas przebycia tego szlaku. Zapamietane widoki na dlugo pozostana w pamieci - na pewno warte byly tego wysilku!
Ostatni rzut oka na szczyty i mozna wracac na zasluzony odpoczynek:
Kropla drazy skale
i jesli cierpliwie poczekamy na te wszystkie krople jakies 1.5 miliarda lat to w nagrode dostaniemy o takie cos:
Wielki Kanion jest wielki nie tylko dlatego, ze jest tak stary i gleboki na ponad 1,5km. Tego w sumie kazdy by sie spodziewal. To co naprawde szokuje to rozleglosc Kanionu. Dlugi na 446km, szeroki miejscami na 29km. Magicznie zerodowane skaly ciagna sie po horyzont z kazdej strony, a w dole tu i tam poblyskuje blekit rzeki Kolorado. Tak, tak, tej samej na ktorej pareset kilometrow dalej zbudowano Hoover Dam.
Dzisiejszy dzien przeznaczylismy na pierwsze, niesmiale zapoznanie sie z Grand Canyon. Korzystajac ze swietnie zorganizowanej infrastruktury turystycznej (kanion odwiedza ok.5mln turystow rocznie), podjechalismy darmowym autobusem do najdalszego na zachod punktu widokowego Hermits Rest, i stamtad zrobilsimy sobie 12km spacer wzdluz krawedzi kanionu. Co bylo najfajniejsze, poza punktami widokowymi przy przystankach autobusu, na znacznych odcinkach trasy bylismy zupelnie sami i moglismy w pelni kontemplowac ten jeden z najpiekniejszych cudow swiata.
Pogoda sloneczna, teperatura ok. 76F/24C (wys. 2155m mnp) - warunki idealne. Jak to Maja stwierdzila, widac ze zasluzylismy na te wakacje!
Zreszta, co ja sie bede rozpisywac - patrzcie i podziwiajcie sami.
Dowod, ze naprawde tu bylismy ;)
Dla spostrzegawczych - znajdz na obrazkach rzeke Kolorado:
Subskrybuj:
Posty (Atom)






















