środa, 21 maja 2014

Magia kina

Juz nie raz na tym blogu pojawialy sie akcenty filmowe, ale dopiero dzis tak naprawde posmakowalismy przemyslu jakim zyje Kalifornia i udalismy sie do Universal Studios.
To jednoczesnie dzialajace studio filmowe, jaki i dosc spore i nowoczesne wesole miasteczko.

Mielismy okazje spotkac ScoobyDoo, Blues Brothes, oplul nas osiol ze Shreka, z Simpsonami wpadlismy w szpony szalonego klauna, razem z Transformersami w 3D ratowalismy swiat przez zaglada, atakowala nas Mumia na rollercosterze, Maja zostala porzadnie zmoczona w wodnej jezdzie przez Jurassic Park, a na koniec przerobili nas wszystkich na Minionki (nie pytajcie co to Minionki, po za tym ze sa zolte i maja gogle, tego filmu nikt z nas nie kojarzyl)... I wogole przez bite 9h czulismy sie jak male dzieci, majac mnostwo frajdy.

Niesamowite bylo to, ze znaczna czesc atrakcji byla w 3 lub nawet 4D. I mimo ze wiesz, ze siedzisz w trzesacym sie, ale w sumie nieruchomym wagoniku, majac przed oczami (w okularach 3D) przepasc i czujac na twarzy wiatr, czy krople wody - wrazenie jest, jakbys spadal z szalona predkoscia w dol.

Byla tez okazja poogladac filmowe dekoracje, gadzety, dowiedziec sie ciekawostek o efektach specjalnych czy tresurze zwierzat wystepujacych w filmach. Tego zwierzaka chyba przedstawiac nie trzeba:
A tu fury z mojego ulubionego odmozdzacza Szybcy i Wsciekli
Podobno w Hollywood nawet kelner i sprzedawca w superkarkecie to szukajacy szczescia aktor lub scenarzysta. Nam tez udzielil sie duch filmowy i nakrecilismy dla Panstwa dwa filmy.
Pierwszy to nasza amatorska wersja "Szczek", a drugi "Trzesienie ziemi". Ostrzegamy, oba zawieraja drastyczne sceny wiec polecamy jedynie dla widzow o mocnych nerwach
Szczeki
http://youtu.be/eGgvNWgdVOY
Trzesienie ziemi

Atrakcja parku jest takze mozliwosc spotkania celebrytow. Tu na przyklad trzech turystow w przebraniu kosmonautow chcialo sobie zrobic zdjecie ze slynna podrozniczka i blogerka:
Bedac przez caly dzien w tym krolestwie blichtru i filmowej magii nie moglismy sobie tez odmowic klasycznej sweet foci na tle:

Wpis specjalny - nasz samochod

Wczoraj zakończyliśmy główna część podróży - jesteśmy z powrotem w Los Angeles. Jest trochę więcej czasu, więc z tego powodu wpis o samochodzie.

Tak w ogóle mieliśmy zabawną historię z wynajęciem. Zamówiliśmy "mid-SUV". Tak, w stanach SUV (Sport Utility Vechicle) czyli po prostu spory, często z wysokim zawieszeniem i napędem na 4 koła samochód jest w kilku rozmiarach. No więc zamówilośmy średnią wielkość, ale że akurat nie mieli takich modeli, dostaliśmy darmowy "upgrade"  do "Full-SUV". Ostatecznie podróżowaliśmy Fordem Expedition. 

Poniżej zdjęcie naszego olbrzymiego środka lokomocji.

Teraz trochę danych. Oczywiście Ford jest automatem, ma ponad 2.5 tony wagi, 5 metrów dlugości, silnik ponad 5 litrów i 270 konii mechanicznych. Pali ok. 13 litrów na 100 km. Dużo? Nie przy tych rozmiarach a zwłaszcza cenach (sięgających w centralnych stanach kwoty 2.9 pln za litr).

Mieści się w nim wszystko, ma GPS, szyberdach, i milion innych rzeczy.

Ogólnie, do tej pory przejechaliśmy ponad 5000 mil, czili ponad 8000 km. Jak na razie samochód spisuje się bez zarzutu. Jutro, pojutrze i w piątek czekają nas już tylko znikome odległości...

PS. Panie mają trochę alternatywne spojrzenie na nasz samochód (kluczowe jest podobno podgrzewanie siedzeń i srebrny kolor) więc możecie się spodziewać wpisu uzupełniającego.

wtorek, 20 maja 2014

90210

Uwazni czytelnicy z pewnoscia zauwaza, ze wlasciwie zatoczylismy kolo i nieuchronnie zblizamy sie do
konca naszej amerykanskiej odysejii. Dla odmiany dzis wlasciwie nic nie zwiedzalismy. Na plazach Kalifornii bylo jak zwykle, czyli pizdzilo, ale niezrazone zdecydowalysmy sie z Maja na zamoczenie nog w oceanie.

Mielismy tez unikalna okazje doswiadczenia wielkomiejskich korkow, kiedy to 6 pasow w kazda strone poruszalo sie w slimaczym tempie. Smiem twierdzic, ze nie widzialam jeszcze tyle samochodow na raz:
Jako ze byly to niezwykle wyczerpujace 3 tygodnie, i czujemy sie dosc zmeczeni nieustannym zwiedzaniem swiatowej klasy atrakcji turystcznych i jezdzeniem po idealnych drogach w wypasionym samochodzie, nasze wakacje postanowilismy zakonczyc w wielkim stylu. Coz innego dogodzi naszym zmanierowanym gustom, niz nocleg w willii w Beverly Hills.... Moze nocleg w domku goscinnym przy basenie w tejze dzielnicy?
Pomine, ze domek jest maciupki i sklada sie m.in. z przechodniej toalety, a na basen wychodzi sie z przedpokoju zawierajacego umywalke. Nasza sypialnia pelni jednoczesnie role salonu i pokoju wejsciowego, a pokojik z mini-lozkiem,  jaki dostala Maja jest jednoczesnie kuchnia. Ale czy my narzekamy? ;) Grunt, ze wlasiciciel chodzi w butach i koszulce ( a nie zawsze sie zdarzalo), a na dodatek mial na glowie mycke!

p.s. Jak widac na zalaczonym zdjeciu staramy sie zdrowo odzywiac i dokladamy staran, by bilans obywatela jaki wroci do kraju byl identyczny z tym, jaki wyjechal. Ergo - jemy salate.




poniedziałek, 19 maja 2014

Wietrzne miasto

 Po prawie 3 tygodniach spedzonych w mniej lub bardziej dzikich parkach i odludziach, San Francisco w pierwszym momencie bylo dla nas szokiem cywilizacyjnym. 

Zwlaszcza, ze zwiedzanie zaczelismy od tlocznego, pelnego malych sklepikow China Town. Klimat znalismy juz w sumie z Nowego Jorku, ale tutejsze China Town wydalo sie nam duzo bardziej prawdziwe. Bo o ile na glownej ulicy, przy charakterystcznej chinskiej bramie pelno bylo sklepikow z chinska tandeta dla turystow, to w bocznych ulicach mozna bylo znalesc i chinskiego fryzjera i sklepy z chinskimi warzywami (czytaj: z kapusta :), chinski szpital i biblioteke.
Dalej swe kroki(*) skierowalismy ku zatoce - by obejrzec statki i doki, przeksztalcone w turystyczne zaglebie:
Oraz oczywiscie widok na Golden Gate i slynne wiezienie Alcatraz:
Nie obylo sie tez bez tradycyjnej zupy krabowej w chlebku, wsrod agresywnych mew, (prosze, nie zgadujcie jaki napoj zawiera papierowa torebka ;)

Golden Gate postanowlismy obejrzec z bliska - swego czasu byl to najdluzszy podwieszany most na swiecie, ale mimo ze budowany w latach 30- stych ubieglego wieku, juz wtedy mial 3 pasy w jedna strone! Ponizsze zdjecie pokazuje grubosc lin na ktorych podwieszony jest most:
A most wyglada oczywiscie o tak:
(*) San Francisco slynie z komunikacji miejskiej, ktora nie dosc ze tania i dobrze skomunikowana, utrzymuje tez kilka tradycyjnych linii tzw. Cable cars - tramwajow, ktore napedzane sa z jednego miejsca (obecnie bedacego jednoczesnie muzeum). System lin i przekladnii zainstalowanych pod ulicami miasta, ciagnie klasyczne wagoniki po pagorkowatych ulicach. Niesamowita frajda z jazdy, zwlaszcza ze jechac mozna tez stojac na stopniach, niczym w przedwojennym warszawskim tramwaju, a wszystko to w cenie dziennego biletu!
Dzialajacy system napedzajacy kolejki:
Pasazerowie:
Poczatek trasy:









niedziela, 18 maja 2014

Romantycznie i realistycznie*

Wersja romantyczna dzisiejszego dnia brzmi tak:
Pozegnawszy sie z naszymi gospodarzami, ruszylismy na poludnie. Urzeczeni pieknem kalifornijskich sekwoji raz jeszcze zboczylismy z utartego szlaku i przejechalismy sie Avenue of Giants, kilkunastomilowym szlakiem wsrod majestatycznych drzew.
Wilgoc i polmrok panujacy w lesie dodawal dodatkowego uroku krotkiemu spacerowii w lasach Redwoods NP, jaki udalo sie nam jeszcze zrobic.

Zdecydowalismy sie na jazde droga nr.1 - malownicza, kreta droga biegnaca tuz nad Pacyfikiem. Dzieki temu przez wiekszosc dnia moglismy podziwiac ciche, romantyczne zatoczki, wcinajace sie w ocean polwyspy, skaly obmywane przez burzliwe fale oceanu.
Kwintesencja tej urokliwej podrozy byl wieczorny przejaz przez slynny Golden Gate, a teraz relaks w miedzy arodowej atmosferze hostelu w San Francisco.

Wersja realistyczna dzisiejszego dnia brzmi nastepujaco:
Po wczorajszym poznym powrocie z kolacji od ks. Adama, z niechecia zwlekalismy sie dzis bladym switem z lozek. W deszczu biegiem pakowalismy dobytek do samochodu.

Trase widokowa przez park Redwoods pokonalismy momentami w sloncu, momentami w deszczu, manewrujac samochodem posrod kretej drogii z wiekowymi drzewami na poboczu.

Potem czekala nas kreta droga przez gorskie zbocza by dobic do widokowej trasy nr. 1, biegnacej nad oceanem. Droga tak kreta, ze musielismy robic przerwy bo robilo sie niedobrze od ciaglych zakretow, a hamulce grozily przegrzaniem.

Wprawdzie widoki przy trasie nr. 1 nie zawiodly, ale przy zimnym porywistm wietrze najlepiej podziwialo sie je z okien samochodu, i to pod warunkiem nie prowadzenia go (bo kierowca musial sie skupiac zeby nie wpasc do oceanu z kilkunastometrowych skarp i 180 stopniowych zakretow z gorki lub pod gorke) ani nie walczenia z mdlosciami na tylnym siedzeniu.
Trasa byla kreta, wyboista i wlokla sie niemilosiernie, bo ledwo kiedy mozna bylo przyspieszyc bardziej niz do 30 mil/h. 
Mijane plaze byly albo niedostepne, bo znajdowaly sie na terenach prywatnych kempingow, albo platne, albo oblezone lokalna biedota i zyjacymi na plazy zebrakami.
Nawet postoj w Mendocino, miasteczku kalifornijskich artystow, bardziej nas zmeczyl niz zauroczyl, bo generalnie wygladalo to jak wizyta w Kazimierzu Dolnym w dlugi weekend majowy, tylze ze z widokiem na Pacyfik, zamiast na Wisle.

Jedynym naprawde zaskakujacym i fajnym akcentem dzisiejszego dnia byl postoj we wloskiej knajpce, w ktorej mimo ze zamowilismy tylko danie glowne (oczywiscie ryby, skoro juz meczylismy sie przez caly dzien nad tym oceanem), to dostalismy zupe, przystawke, salatke, makaron no i gdy w koncu przyszlo do dania glownego - wszyscy wygladalismy mniej wiecej tak:
Restauracja byla milym akcentem, ale musielismy wybierac - albo jedzenie, albo zachod slonca w okolicach Golden Gate, dlatego tez po gorzystych uliczkach San Francisco przyszlo sie nam rozbijac juz w nocy, a teraz znieczulamy sie piwem na dobranoc pi ciezkim dniu, bo rozdawane w hostelowej recepcji gratisowe zatyczki do uszu nie wroza ciechej ani spokojnej nocy...

* niepotrzebne skreslic

Lasy Endoru

Wiemy, ze czytelnicy polubilii filmiki, wiec tym razem cos kreconego swego czasu wlasnie w tutejszych lasach Redwoods ;)

Tak, tak - to nie pomylka! Niech Moc bedzie z Wami!!!

sobota, 17 maja 2014

Najwieksze drzewa na swiecie.

Dzisiejszy dzien byl bardzo intensywny, jezeli chodzi o zwiedzanie - na szczescie jazdy bylo stosunkowo malo. Bylismy w parku narodowym Redwoods -gdzie mozna zobaczyc najwieksze drzewa na swiecie - kalifornijskie sekwoje. Co do tego, ktore jest akurat najwieksze, sa sprzeczne inmformacje, bo a nuz znajdzie sie nowe, wyzsze, albo ulamie sie czubek, itp.

My mamy jednak pewnosc, ze widzielismy dzisiaj najwyzsze dzrzewo na ziemi - tylko nie wiemy, ktore to bylo. Chyba wystarczy gadania i pora rozpoczac uczte dla wyobrazni, czyli zdjecia:

Na rozgrzewke duze drzewo:

A teraz Magda i Maja na tle pnia - to nie fotomontaz!:
Tutaj widzimy "prawdopodobnie" najwyzsze drzewo na swiecie - na tyle wysokie, ze sie w kadrze nie miesci:

Co do rozmiarow, to na wysokosc sekwoje maja nawet do 100-110 metrow. Ponad trzy bloki 10 pietrowe! Ale na poczatku 20 wieku byly one zagrozone prawie calkowitym wycieciem - poprzez rabunkowa gospodarke lesna. Tylko dzieki inicjatywie prywatnych osob, wykupujacych te tereny aby ich nie wyciac, duze obszary dotrwaly do powstania parku narodowego.

Po sekwojach pojechalismy nad ocean, na plaze gdzie mielismy fajny piknik. A widoki ponownie powalaly:

Ps. Co do zagadki - nocowalismy dwa razy w Crescent City, u bardzo milych panstwa, ktorzy maja kurczaki, papuzki, psa, kota, kozy i kroliki.... Co wiecej sa aktywnie zaangazowani w dzialalnosc lokalnego kosciola katolickiego, ktorego pasterzem jest... Ojciec Adam, z "Polska". Gdy ojciec Adam sie dowiedzial, ze u jego parafian nocuja Polacy, zaprosil nas wszystkich na kolacje po wieczornej mszy. Oj, bylo smacznie! A jako pamiatka mamy z tego takie zdjecie (po lewej nasz gospodarz, po prawej ojciec Adam).