wtorek, 13 maja 2014

Podroz (prawie) do wnetrza ziemi

Yellowstone znaczy doslownie "zolty kamien", oczywiscie zolty od siarki, ktora wydobywa sie z gejzerow, jakie rozslawily Yellowstone na caly swiat.
Widok jest to niesamowity. No bo wyobrazcie sobie malownicze Tatry zima - piekne lasy, osniezone szczyty, zielone juz doliny, rwace gorskie rzeki i potoki -jedym slowem sielanka. I teraz dodajcie do tego zapach siarkowodoru, bulgoczace blotne sadzawki, dymiace dziury w ziemi. Przedpola Mordoru i pocztowkowe widoki jedne obok drugich.

Te mniej aktywne gejzery maja forme kolorowych sadzawek, ktore dymia lub bulgocza od czasu do czasu i przy zerowych temperaturach jakie panuja jeszcze w parku, bardziej kojarza sie z cieplym jacuzzi, niz z brama piekiel:
Tu basen z bulgoczacym bialym blotkiem:
A tu rozgrzana "lawa" splywajaca wprost do gorskiej rzeki:
Oczywiscie najbardziej spektakularne sa wybuchy gejzerow. Mimo, ze gejzery to kaprysne stworzenia i trudno dokladnie przewidziec kiedy wybuchna, udalo sie nam, niczym slepej kurze na ziarno, trafic na kilka calkiem spektakularnych przedstawien - spektakularnych, znaczy takich gdy gejzer wybucha na ponad 10m w gore!
Najbardziej znany gejzer Yellowstone nazywa sie Old Faithful, na zdjeciu w tle, dopiero rozgrzewa sie przed wystepem:
Najstarsze, aktywne gejzery zdazyly przez tysiace lat wyksztalcic sobie a'la wulkaniczne stozki:
A eksplodujacy gejzer na zywo prezentuje sie o tak:




poniedziałek, 12 maja 2014

W poszukiwaniu Misia Yogi

Nasz najwierniejszy czytelnik Mariusz K. zgadl poprawnie za pierwszym razem. Dotarlismy do malowniczego parku Yellowstone.

Zaraz po wjezdzie do parku nasza uwage zwrocily dwa przeprawiajace sie przez rzeke bizony, ktore po chwili razno galopowaly wzdluz naszej drogii. Stadka bizonow spotkalismy dzis kilkukrotnie, zwlaszcza upodobaly sobie cieple laki w okolicach gejzerow. Ewidentnie temperatury ok. 0, jakie dzis panowaly im tez daly sie we znaki. Te sympatyczne zwierzaki chetnie pozowaly tez do zdjec:
Ale bizony to nie dosc ze widzielismy juz wczoraj, nad Salt Lake, to przeciez nie one kojarza nam sie z Yellowstone i wszyscy liczylismy na spotkanie z Yogim. Niestety dzisiejszy pobyt w parku powoli sie konczyl i wydawalo sie ze misie zobaczymy tylko pluszowe w sklepie z pamiatkami. 

Ale Michal wypatrzyl jakies podejrzane zbiegowisko samochodow przy drodze i faktycznie - wsrod drzew mignela czarna sylwetka misia. Juz, juz Michal celowal fotoobiektyw prosto w miska, gdy na drodze stanal nam kamper i zaslonil caly widok, a mis czmychnal za drzewa.

Niepocieszeni pojechalismy dalej dolina rzeki Yellowstone, na szczescie Michal zachowal czujnosc i po chwili wypatrzyl kolejnego misia, ktory siedzial na sniegu na brzegu rzeki. Musicie wierzyc nam na slowo, bo widok byl to rownie malowniczy co odlegly i nawet w teleobiektywie misiek byl ledwo wiekszy od czarnej kropki na sniegu.

Za chwile zatrzymalismy sie znow by podziwiac doline rzeki Yellowstone, no i w koncu dojrzelismy misia na miare naszych mozliwosci, beztrosko baraszkujacego na sloncu na drugim brzegu rzeki:
Teraz do pelni szczescia brakowalo tylko losi, ale i tu Yellowstone nas nie zawiodlo i tuz przed wyjazdem z parku dojrzelismy najpierw mlodego samca odpoczywajacego na lace,a po chwili pasace sie stadko samic:
Poswiecilam zwierzakom caly wpis, bo byly to naprawde przepiekne i niespodziewane bliskie spotkania z dzika przyroda. Ale tak naprawde clue Yellowstone to przeciez gejzery. A gejzery to nam dzisiaj z reki jadly, ale o tym za chwile.


Wpis specjalny - Menu a`la USA

Odpowiadając na wielokrotnie powtarzane pytania i prośby czytelników, opisuję po krótce towarzyszące nam dania. W tym poście będzie oczywiście więcej zdjęć niż słów, więc trzymajcie się mocno, czytajcie z pełnym żołądkiem, i zaczynamy:

1) Podstawa, czyli stek wołowy z frytkami


2) To samo danie, ale w zdrowszej wersji - z sałatką i bułeczką


3) Zupa - w stylu amerykańskim maksymalnie gęsta i z krakersikiem


4) Bar sałatkowy - gdy chcemy zjeść coś lżejszego, bierzemy właśnie to. Ale amerykańskie sosy powodują, że danie szybko przestaje być lekkie...


5) Burger - oczywiście, najbardziej znane i popularne danie również gości na naszych talerzach!


6) Wrap - bardzo fajne danie, zwłaszcza z dodatkiem owoców (to nas akurat bardzo zaskoczyło)


7) BLT - tradycyjny amerykański "bacon, lettuce, tomato", czyli bekon, sałata, pomidor. Z dodatkiem sosu plus jak zwykle frytki to maprawfę pożywne śniadanie.


8) Omlet - tu omlety są olbrzymie, w dodatku jest do tego tost z dżemikiem i tarte ziemniaczki...


9) Spaggeti - a jak chcemy coś sami ugotować, to zazwyczaj jest to spagetti!


niedziela, 11 maja 2014

Koniec wakacji, poczatek ferii


Jesteśmy już na kolejnym noclegu. Zgadnijcie gdzie i co będziemy teraz zwiedzać?



Pożegnanie Salt Lake City


W dniu dzisiejszym opóściliśmy miasto Mormonów. Zanim jednak do tego doszło wybraliśmy się na 8:30 do lokalnej katedy katolickiej.

Było to ciekawe przeżycie, chociaż może nie aż tak oryginalne jak tydzień temu. Sam kościół był, jak to Magda ujęła, "w stylu wiejskiego Baroku", czyli maksymalnie kolorowy, z lekko kiczowatymi obrazami. Ale aby być konkurencyjnym dla kolorowych świątyń Mormonów chyba taki musi być.

Po drodze do dzisiejszego noclegu (o którym będzie zagadka w kolejnym poście), najpierw pojechaliśmy nad Wielkie Jezioro Słone (od którego nazwę wzięło SLC). Rano było deszczowo ale po przyjeździe na wyspę rozpogodziło się - tylko wiało niesamowicie. Samo jezioro jest tak słone, że żyją w nim tylko 2 rodzaje organizmów. 


Dodatkową atrakcją jest tzw. Wyspa Antylop, słynna z... bizonów! Tak, na tej wyspie, do której prowadzi jedna cienka droga, z początkowych 13 bizonów zrobiło się teraz około 500-700. Udało się nam 3 spotkać, ale tylko zdjęcia z teleobiektywu je uchwyciły. Chociaż widoczki na wyspie były niczego sobie:

W następnej kolejności pokusiliśmy się o odwiedzenie Golden Spike. Cóż to za miejsce? Jest to mianowicie punkt gdzie spotkały się nitki kolei: ciągniętej z zachodu (znad Pacyfiku) i ze wschodu, od strony Atlantyku. To tutaj ukończono to wielkopomne dzieło. Symbolizują je dwie lokomotywy, które, każda jadąc z przeciwnego kierunku, spotkały się właśnie tutaj.


Na powyższych zdjęciach widzimy oczywiście repliki, ale same lokomotywy faktycznie były takie kolorowe w rzeczywistości!

sobota, 10 maja 2014

W swiatyniach

KDzis na dobre pozegnalismy cuda wytworzone przez rzeke Kolorado i wszelkie okoliczne kaniony i odbilismy sporo na polnoc, az do Salt Lake City.

Ale po koleji. Po wczorajszym noclegu, ktory chyba opiszemy w osobnym wpisie, bo zrobil na nas, a juz szczegolnie na Maji duze wrazenie, udalismy sie w droge.
Obrazek ze stacji benzynowej (znaczek informuje o obowiazku  zakladania koszul i butow przed wejsciem do sklepu):
Poprzednie wizyty w USA nauczyly mnie, ze najciekawsza atrakcja na jaka mozna sie natknac na szosach wylotowych do duzych miast sa outlety odziezowe. I faktycznie, SLC potwierdzilo te regule. Udalismy sie wiec na zakupy do swiatynii konsumpcji, w prawdziwie amerykanskim stylu. Jako ciekawostke dodam, ze Amerykanie, ktorzy wszystko musza miec po swojemu, swieto pracy maja we wrzesniu, a  dzis obchodza dzien Matki, i w centrum handlowym mamy (po okazaniu rachunku) mogly dostac darmowy kwiatek.

Jakby atrakcji bylo malo, nasz wypasiony Ford wybral sobie ten dzien aby wyswietlic komunikat o braku oleju. Dosc stresujaca informacja, biorac pod uwage dystans do przejechania i nieznajomosc samochodu. Wiec chcac nie chcac zwiedzilismy tez lotnisko w SLC, gdzie w wypozyczalni samochodow nie dosc ze wymienili olej to jeszcze umyli nam samochod. Wszystko w cenie wynajmu i w przeciagu raptem 30 minut.

Po tych szalonych przygodach przyszedl czas na zapoznanie sie z kwintesencja SLC, czyli ze swiatynia Mormonow. 
Do samej swiatynii niestety niewiernym wstep wzbroniony, ale dowiedzielismy sie co nieco o proroctwach zalozyciela tej religii, Josepha Smitha (na ponizszym obrazku) oraz o glownych przeslaniach - w sumie takich samych, jakie niesie kazda inna religia chrzescijanska - wiara w Boga, pomoc bliznim ect. 

Obejrzeslismy tez partlament stanu Utah, bedacy mini-kopia waszyngtonskiego Kapitolu:
Oraz kilka malowniczych "historycznych" domkow, w ktorych zyli zalozyciele zgromadzenia Mormonow.
Ku rozczarowaniu Michala, okazalo sie ze spoznilismy sie jakies 140 lat z nasza wizyta, bo Mormonii pod koniec XIXw. zniesli wielozenstwo i tak jak reszta Stanow, pozostali przy monogamii.

Na koniec dnia czekala nas wizyta w jeszcze jednej amerykanskiej swiatynii, a mianowicie w Walmarcie. Dla was to pewnie supermarket jak kazdy inny, ale dla mnie, pracujacej przy danych sprzedazowych, to niemalze byc albo nie byc naszej firmy, bo Walmart sprzedaje znaczna czesc globalnych obrotow PG. Warto bylo wiec przekonac sie na wlasne oczy, jak to wyglada w rzeczywistosci. A wyglada jak otwocka Biedronka dzien przed swietami... Masakra...



piątek, 9 maja 2014

Nie spac! Zwiedzac!


Dziesiejszy poranek zaczal sie dosc leniwie...
Nasze zagubienie w czasie oraz  zawirowania ze zmiana (lub tez nie) stref czasowych spowodowalo, ze pospalismy troche dluzej niz zwykle (a moze nawet wiecej niz troche, bo jeszcze pol godziny i nie zalapalibysmy sie na motelowe sniadanie).

Glowna atrakcja zaplanowana na dzis byl Park Narodowy Arches, w ktorym znajduje sie najwieksze skupisko naturalnych lukow skalnych (naliczono ich tutaj ponad 80!).
Spokojnie... nie bedziemy publikowac zdjec wszystkich. Pokazemy tylko kilka tak dla smaku;)

Na poczatek krotka historia powstawania lukow:
Skaly piaskowca skupione w parku "unosily sie" na pokladach soli kamiennej. Ok. 300 mln lat temu warstwa soli zostala wypchnieta do gory powodujac pionowe pekniecia w skalach. Tak powstale "mury" piaskowca przez wiele lat poddawane dzialaniu wiatru, przekszaltcaja sie najpierw w zaglebienia a nastepnie w luki.


Poczatkowo nasz plan zwiedzania zakladal jedynie przejechanie sie ok. 17 km widokowa trasa samochodowa. Jednak urok tego miejsca oraz sprzyjajaca pogoda (ok. 25C, delikatny wietrzyk, oraz przeswitujace przez obloczki slonce) zachecily nas do przewedrowania kilku krotkich szlakow pieszych.

I dobrze sie stalo, poniewaz nie wszystkie luki widoczne sa z trasy samochodowej.
Dobrym przykladem jest Landscape Arche (na zdjeciu ponizej), ktory zachwycil nas najbardziej. Jest to najdluzszy naturalny luk skalny na swiecie (wg naszych przewodnikow jego dlugosc wynosi od 91 do 93 m. - w zaleznosci od roku wydania).

Z kolei najbardziej charakterystycznym i "pocztowkowym" lukiem jest Delicate Arch. Jest on symbolem stanu Utah. Swoja popularnosc zawdziecza rowniez molowniczemu usytuowaniu na szczycie skaly. Musielismy sie troche powspinac, zeby uwiecznic go na fotografii:


A co przypominaja luki ponizej? My wiemy, jednak pozwolimy podzialac wyobrazni naszych czytelnikow... :)


A tak na koniec, zeby pokazac skale - ponizej  Magda i Michal pod jednym z lukow (jak wytezyc wzrok, to mozna dostrzec tradycyjny czarujacy usmiech Michala;)).


Fajnie jest czasem poleniuchowac, ale cos za cos... Nasza glowna atrakcja stala sie JEDYNA atrakcja tego dnia, bo na wiecej nie starczylo juz czasu. Dlatego jutro wstajemy wczesnie. Jak Michal slusznie stwierdzil, wakacje sa po to, zeby wypoczywac a nie po to, zeby je przespac. I tego bedziemy sie trzymac!